Publiczność robi spektakl

26 lipca 2026
26-07-2026_caly_swiat_spektakl_3-1200x800.jpg

Gdyby próbować odpowiedzieć na pytanie, co jest świętym Graalem współczesnego teatru, czymś, czego wszyscy dziś poszukują i na różne sposoby próbują wcielić w życie w swojej teatralnej praktyce, najbardziej trafną odpowiedzią byłoby: doświadczenie.

Kolejne osoby reżyserskie, kolejne zespoły twórcze, kolejne sceny sprawdzają, jak działają różne sposoby dostarczenia widzkom i widzom czegoś więcej, niż tylko sam spektakl, samo oglądanie z fotela tego, co dzieje się na scenie. To, tak bardzo pożądane doświadczenie, może funkcjonować na różnych płaszczyznach i przyjmować różne formy: niektórzy, niektóre eksperymentują z sygnałami dla mało wykorzystywanych w teatrze zmysłów, np. węchu, inni, inne próbują budować w ramach przedstawienia sytuacje interaktywne i namawiać widownię do udziału w nich, jeszcze inna strategia to spektakle “ruchome”, w których kolejne sceny dzieją się w innych przestrzeniach, a publiczność przemieszcza się między nimi.

W programie tegorocznego Festiwalu Szekspirowskiego pojawiła się bardzo oryginalna propozycja, będąca bardzo odważnym i dalekim krokiem w kierunku budowania wielowymiarowego doświadczenia dla publiczności. Ba, to wręcz realizacja, wobec której można posłużyć się zaskakującym hasłem: “zero spektaklu, samo doświadczenie”.
To projekt zatytułowany “Cały świat jest sceną”, w reżyserii Roberta Traczyka, który sam autor określił jako “szekspirowski escape room”. I rzeczywiście – struktura tego przedsięwzięcia jako żywo przypomina zabawę w stylu: rozwiąż wszystkie zagadki, żeby pootwierać zamki i uciec z zamkniętego pokoju. Główne i praktycznie jedyne środki z tradycyjnego teatralnego narzędziownika reżyserskiego, które zostały tu użyte, to scenografia i rekwizyty: kilkuosobowa publiczność wchodzi do sali, która jako żywo jest gotową do spektaklu sceną: jest tu stara szafa, wielkie lustro, wanna i stół, który jest zdecydowanie czymś więcej, niż tylko miejscem, do odstawiania kielichów. Są tu karty do gry, broń, ludzkie kości i niezliczone klucze – to wszystko przedmioty z szekspirowskiego uniwersum, zaczerpnięte z różnych dramatów tego autora, niosące ze sobą konteksty i fragmenty narracji, odnoszące się do szekspirowskich tekstów. To jakby rozrzucone fragmenty spektaklu, który się rozsypał, rozbił na części.
Brakuje aktorów i aktorek, brakuje scenariusza i dramaturgii. Do stworzenia tych warstw tego niezwykłego spektaklu zaproszona jest publiczność. A raczej: nawet nie trzeba jej specjalnie zapraszać. Konwencja, która zastosował Traczyk sprawia, że widzki i widzowie – czy to w ogóle jeszcze jest adekwatne określenie w tym przypadku? – sami ruszają do akcji, szukają wskazówek, łączą poszczególne elementy, próbują ułożyć w jedną całość rozsypane puzzle.
Sama zmiana struktury, formy, identyfikacji tego projektu i konwencji komunikacyjnej wykorzystanej w jej opisywaniu, radykalne odejście od określania go spektaklem, skutecznie zburzyło czwartą ścianę, a raczej – wcale nie pozwoliło jej się pojawić. Można sobie tylko wyobrazić, że gdyby publiczność zaproszona byłaby na spektakl, usadzana na widowni, a wszystko zaczęłoby się od wstępu przedstawianego ze sceny, uruchomienie tego mechanizmu, wyciągnięcie ludzi z foteli, byłoby niewspółmiernie trudniejsze. A skonfrontowana z sytuacją, która wymaga natychmiastowego działania, publiczność z miejsca się do niego rzuca, a na dodatek – w bardzo organiczny sposób – zaczyna ze sobą współpracować. Nieświadomie tworzy na scenie oryginalny, jednorazowy, pozbawiony prób, całkowicie spontaniczny spektakl. Aż szkoda, że nikt go nie ogląda.

Przemysław Gulda












fot. Karolina Sołtys