Uczta

Czeski humor szekspirowski oglądaliśmy na scenie Teatru Szekspirowskiego za sprawą Pawła Chomczyka, który z brneńskiego Divadla Radost przywiózł „Sen nocy letniej”. Po internecie krąży mem, w którym absurdalne zdarzenia opatruje się podpisem: „to jest jak sen, kiedy masz czterdzieści stopni gorączki”. Tak właśnie czułam się podczas oglądania tej inscenizacji komedii Szekspira. Chomczyk zbudował las ateński bardzo daleki od onirycznego wyobrażenia o leśnych nimfach i odpoczywaniu na świeżej ściółce. Ten las wyłania z gorączkowej wyobraźni: pełen ostrych kolorów, kampowego przepychu i nieoczekiwanych spotkań obrazów. Ponieważ wizualna warstwa spektaklu również rządzi się logiką snu, kolejne skojarzenia nie muszą tworzyć spójnego porządku, ale gęstą sieć, która rozgałęzia się – najważniejsze, że wiemy skąd wychodzą wszystkie kłącza.
I jeśli mówię o gorączkowej wyobraźni, to niech odda to taki obraz: Tytania, królowa wróżek, ubrana jest w kostium sytuujący ją gdzieś pomiędzy religijną ikonografią a okładką rosyjskiego „Vogue’a”. W kilku scenach trzyma w ramionach lalkę, trudno więc nie zobaczyć w niej kampowej wersji Madonny z Dzieciątkiem. Ona i Oberon wyglądają jak popbarokowa para leśnych celebrytów, może trochę gangsterów, którzy swoje królestwo zbudowali z panterki, futra, złota i knucia intryg. Kostiumy (Pavel Hubička) odpowiadają za dużą część energii przedstawienia, które widz wychodzący przede mną z sali trafnie podsumował: „no, to było dynamiczne”. Wszystko pochodzi tu trochę z innego porządku. Ubrany na czerwono Puk, wyposażony na końcu w drapieżne czarne skrzydła, ma w sobie coś mefistofelicznego, ale czerwone włosy, makijaż i skórzana kurtka natychmiast przywołują też glam rock i styl Davida Bowiego. Estetyka jest gęsta jak ateński las. Sieć nawiązań, cytatów i wizualnych żartów każe podejrzewać, że ktoś świetnie się bawił, wymyślając tę adaptację. Zresztą, ta komedia, ze swoją interpretacyjną pojemnością i wpisaną w tekst magią, pozwala na niemal nieograniczone uruchomienie fantazji: można zbudować jej świat na mroku, jak oglądaliśmy poprzedniego dnia festiwalu w „bedziesz ze mna chodzic ?” Ewy Platt, albo jak tutaj, zamienić go w fiestę.
To jednak nie tylko gorączkowa estetyka organizuje przedstawienie Chomczyka. Równie ważne (a dla mnie najważniejsze!) są lalki, pojawiające się najpierw w wątku ateńskich rzemieślników przygotowujących na wesele Tezeusza i Hipolity przedstawienie o Piramie i Tyzbe. Zwierzęce figury animowane są przy stole, co nabierze szczególnego znaczenia w finale: każda z nich powróci na ten sam stół już pod postacią jadła, podanego podczas uczty wieńczącej dziwną noc. Ciekawy jest moment, w którym lalki zostają odrzucone przez animującego je opowiadacza: Szekspira we własnej osobie, który na naszych oczach przeprowadza swój proces twórczy. Wyrzucone za kulisy figury powracają jako ludzkie postacie w zwierzęcych maskach. Materia zmienia się w ciało, lalka w aktora, a postać może przechodzić z jednego sposobu istnienia w drugi. Żonglowanie rozwiązaniami formalnymi ma znaczenie także dlatego, że cały spektakl prowadzi ośmioosobowa obsada. Aktorki i aktorzy płynnie przechodzą między rolami, a zmiana postaci staje się jednym z podstawowych rytmów przedstawienia.
Inne lalki, stojące w lesie i przypominające plastikowe manekiny sklepowe, pozostają natomiast zamrożone w bezruchu. Jedna z nich przez większą część spektaklu wisi wysoko nad sceną, zamrożona w locie. To obraz przeciwny wobec tradycyjnego wyobrażenia elfów jako istot skocznych, lekkich i dynamicznych. Tutaj mieszkańcy lasu budują magazyn nieożywionych ciał, które czekają, aż ktoś wprawi je w ruch. Ich obecność wzmacnia metateatralność inscenizacji. Tomasz Kaczorowski, dyrektor Olsztyńskiego Teatru Lalek, powiedział mi kiedyś w wywiadzie, że siłą lalki i jej przewagą nad żywym aktorem jest możliwość prawdziwego umierania i cierpienia na scenie. Lalki potrafią być bardziej autentyczne od żywego aktora. W przedstawieniu Chomczyka zastygłe figury obnażają teatralny mechanizm z jeszcze innej strony: ciało można zatrzymać, kiedy wymaga tego akcja, a następnie ożywić i zdynamizować zgodnie z wolą tego, kto sprawuje nad nim kontrolę. Podobnie dzieje się przecież z zakochanymi bohaterami, których uczucia zostają uruchomione, przekierowane i ponownie uporządkowane za pomocą magicznego eliksiru.
Rolę uruchamiającego cały mechanizm przejmuje raz za razem Puk. To on sprawczo spina bardzo różne wątki: od biesiadnych przygotowań do ślubu w scenie otwierającej spektakl, przez kolejne przemiany i uczuciowe pomyłki, aż po wystawienie sztuki, która ostatecznie przeobraża się w ucztę. Jest jednocześnie sługą Oberona, psotnikiem, konferansjerem i kimś w rodzaju scenicznego technika, który wie, jak wprawić w ruch ludzi, lalki i całą teatralną maszynerię, nad którą unosi się w jednej z ostatnich scen, przeobrażając część scenografii w swój kostium. Bardzo to było widowiskowe. Jego obecność ze sceny na scenę staje się coraz bardziej intensywna.
Osobnym wątkiem, mocno wpływającym na odbiór przedstawienia, jest sposób pokazania Egeusza, ojca Hermii. Bohater funkcjonuje wewnątrz nadszarpniętego zębem czasu obrazu, którego estetyka stanowczo wyróżnia się na tle reszty spektaklu. Zamknięty w ramie przypomina portret przodka strzegącego ciągłości rodzinnego porządku. Jako reprezentant patriarchalnej władzy oraz uosobienie prawa nie jest właściwie żywą postacią, tylko zastygłym wizerunkiem systemu, który próbuje rozporządzać pragnieniami młodych.
Tym ważniejszy staje się moment, w którym obraz rozpada się na części. To, co miało potwierdzać trwałość starego ładu, okazuje się kruche. Porządek obowiązujący dotąd w królestwie, oparty na ojcowskim autorytecie, prawie i narzuconych związkach, rozpada się na naszych oczach. I całe szczęście. Dramaturgom: Robertowi Jaroszowi i Evie Kolomaznikovej należą się ukłony, że ułożyli i uporządkowali tę gęstą opowieść w jasną narrację.
Podczas spotkania po spektaklu twórcy wspominali, że interesował ich moment, w którym dzieło opuszcza autora i zaczyna żyć własnym życiem. Brneński „Sen nocy letniej” pokazuje ten proces niemal dosłownie: Szekspir uruchamia swoją opowieść, ale wkrótce traci nad nią kontrolę, a lalki, aktorzy, obrazy i znaczenia zaczynają przekształcać się zgodnie z własną, senną logiką. Podczas oglądania przedstawienia miałam jeszcze jedną myśl à propos tego braku kontroli. Spektakl skierowany jest także do młodych widzów, już od trzynastego roku życia, a więc w dużej mierze obejrzy go publiczność, która, funkcjonując na co dzień w internecie, przywykła do szybko zmieniających się obrazów, swipowania i przesuwania palcem pomiędzy rozmaitymi estetykami. Przedstawienie Chomczyka ma w sobie coś z tik-tokowej energii. Zamiast pomstować na wszechobecny nadmiar obrazów, przejmuje jego rytm i estetykę, a następnie bawi się nimi na scenie. Widownia bawi się razem z twórcami.
Wybudzenie z tego snu jest jednak brutalne: wielka uczta zostaje przygotowana ze zwierzęcych ciał. Przez półtorej godziny spektakl karmił nas obrazami, by w finale wystawić wrażliwość widowni na próbę. Na szczęście opada kurtyna, wychodzi Puk i podpowiada, że być może to wszystko tylko nam się przyśniło. Gdzieś mogło więc wydarzyć się także szczęśliwe zakończenie.
Anna Pajęcka














fot. Dawid Linkowski

