Festiwalowe momenty, które zostają w głowie 

24 lipca 2026
Makbet-remix.png

Trudno uwierzyć, że w tym roku Festiwal Szekspirowski odbywa się już po raz trzydziesty. Trudno uwierzyć, że ta wspaniała przygoda trwa już tak długo, całą epokę, podczas której niemal całkowicie zmieniła się Polska, zmienił się świat, urodziły się i dorosły kolejne pokolenia, odeszło wiele osób, które były ważne dla tej imprezy, na czele, oczywiście z jej pomysłodawcą i wieloletnim dyrektorem, prof. Jerzym Limonem.

Nie będę tu opisywał całej historii festiwalu, nie będę chronologicznie przesuwał się po osi kolejnych edycji. Nie ma na to miejsca i nie ma za bardzo sensu – ta historia jest przecież na bieżąco opisywana w mediach, z pewnością jest też tematem zainteresowania wielu studentów i studentek teatrologii czy kulturoznawstwa. To swoją drogą ciekawe: ile prac naukowych powstało na temat i wokół Festiwalu Szekspirowskiego?

Daleko mi do akademickiej refleksji, na fali sentymentu, który wywołały we mnie archiwalne materiały, zaprezentowane na gali otwarcia imprezy, wolę przypomnieć momenty z historii festiwalu, które sam zapamiętałem najbardziej, które do dziś tkwią mi w głowie. A to, zważywszy, że minęły od nich całe dekady, jest najlepszym dowodem na to, jak były mocne i ważne. I jakie znaczenie ma Festiwal Szekspirowski dla mnie samego i dla wszystkich, którzy śledzą tę imprezę i z pewnością przeżywają podobne olśnienia, zaskoczenia i zachwyty.

Pierwszy z takich momentów to scena, która nie może mi wyjść z głowy do dziś. Z przebiegu akcji wynikało, że główny bohater wypływał w rejs. Na scenę weszli więc dwaj chłopcy z zespołem Downa, którzy trzymali w ręku niewielkie, do połowy napełnione wodą akwaria i zaczęli nimi poruszać w równym tempie. Ta imitacja morskich fal okazała się niezwykle realistyczna, a scena trwała bardzo długo – to był przecież rejs do odległych krain.

Ten moment niemal rozsadził mi głowę. Chyba jeszcze nigdy wcześniej nie widziałem, żeby ktoś używał w teatrze takich środków, w taki sposób metaforyzował rzeczywistość. To było dla mnie odkrycie, to było objawienie, to był też pewnie jeden z doskonałych powodów, żeby zakochać się w teatrze, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta miłość już się we mnie tli.

Wtedy – to była jedna z pierwszych edycji festiwalu, na przełomie wieków – nie byłem też świadomy wagi, jaką dla polskiego i europejskiego teatru będzie miał Eimuntas Nekrošius. Ta scena pochodziła bowiem z jego słynnej szekspirowskiej trylogii, dziś zgodnie uznawanej za jedno z najważniejszych dzieł europejskiego teatru ostatniego półwiecza. Cieszę się, że mogłem ją zobaczyć na Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku.

Drugi z momentów, które zapamiętałem i o których chcę wspomnieć, ma zupełnie inny wymiar – był dla mnie ważny przez to, że pokazywał raczej ten przewrotny, kpiarski i buntowniczy wymiar teatru, a jednocześnie – objawił mi rodzinne miasto z nieznanej dotąd strony. To scena ze spektaklu Roberta Florczaka („Makbet Remix” w reżyserii Roberta Florczaka, wystawionego w nieczynnej zajezdni tramwajowej przy ul. Kurzej na Dolnym Mieście w ramach XIV Festiwalu Szekspirowskiego, 30 lipca 2010 roku – przyp. red.), który odbywał się w dawnej zajezdni na Dolnym Mieście. Raz, że sam spektakl robił wrażenie – obsada jeździła po wielkiej hali na rowerach, dwa – to była wspaniała okazja, żeby wejść do tego, do tej pory zwykle zamkniętego na głucho obiektu.

Te dwa momenty to tylko wybór z bardzo długiej listy moich wspomnień z Festiwalu Szekspirowskiego. I jestem pewien, że najnowsza edycja z pewnością jeszcze ją poszerzy: przyniesie kolejne teatralne przeżycia, które zapamiętam na długo. Nie mogę się doczekać!

Przemysław Gulda