Za dużo „P” – o „Ryszardzie III Wrażliwym” Pawła Palcata

Generalnie nie podoba mi się najnowszy monodram Pawła Palcata „Ryszard III Wrażliwy”, choć trzeba przyznać, że jest zrobiony solidnie: z czytelnym pomysłem, ciekawą strukturą opartą na zapętleniu trzech głównych narracji, a także ze znawstwem i świetnym wyczuciem sceny. Ponieważ jest to opinia zapewne kontrowersyjna, spróbuję wyjaśnić, z czego wynika.
Znakomity legnicki aktor opiera swoje przedstawienie na szekspirowskim dramacie, powołując na scenie do życia jedno z największych monstrów w całej twórczości Stratfordczyka – tytułowego króla Anglii. Nie próbuje oczywiście samodzielnie inscenizować fabuły tragedii, ale jako Ryszard III opowiada nam własną wersję wydarzeń, starając się wyłożyć swoje racje w sporze z kobietami i Buckinghamem – ofiarami swojej bezwzględnej walki o władzę. Każda z tych postaci uosabia inny rozdział jego drogi do korony, naznaczonej morderstwami, zdradą i polityczną manipulacją. Pamiętajmy jednak, że niezależnie od tego, jak bardzo usiłuje w swojej narracji ośmieszyć lub podważyć wiarygodność kobiet występujących przeciwko niemu, one wciąż pozostają jego bezlitosnymi oskarżycielkami. Samo bowiem przywołanie każdej z nich – nawet w niekorzystnym świetle – przypomina o krzywdach, jakie im wyrządził. Dlatego oddanie Ryszardowi pełni narracyjnej władzy okazuje się pomysłem ciekawym i wyjątkowo przewrotnym. Nie trzeba bowiem znać dramatu Szekspira, by dostrzec, że każda z opowiadanych przez niego historii obraca się przeciwko niemu. Próbując przejąć kontrolę nad opowieścią i wybielić samego siebie, sam buduje własny akt oskarżenia.
Strategię tej narracji wspierają scenografia i kostiumy Marty Streker. Imiona kobiet i Buckinghama zapisano na białej podłodze i połączono z przypisanymi im elementami garderoby, które Palcat na siebie zakłada, przywołując kolejno każdą z tych postaci. Owe inscenizowane konfrontacje z ofiarami przerywane są następnie mityczną opowieścią o Narcyzie – młodzieńcu zakochanym we własnym odbiciu, którego niezdolność do wyjścia poza siebie prowadzi do zguby. Trzecią warstwę przedstawienia tworzą piosenki Björk – „Pluto”, „Venus as a Boy” i „Army of Me” – powracające niczym refren i nadające kolejnym scenom emocjonalny koloryt. To wszystko razem składa się na misternie skonstruowany plan obrony Ryszarda, który próbuje przejąć kontrolę nie tylko nad własną historią, lecz także nad sposobem, w jaki zostanie zapamiętany. Nie broni się on już bowiem przed sądem ludzi swojej epoki, lecz przed sądem wieczności, próbując wpłynąć na wyrok kolejnych pokoleń, które wciąż poznają i oceniają jego los.
Finał przynosi jednak przewrotkę, która każe spojrzeć na cały spektakl z zupełnie innej perspektywy. Okazuje się bowiem, że manipulatorem nie jest wcale Ryszard, lecz grający go aktor. Maska szekspirowskiego tyrana, mit Narcyza i piosenki Björk stają się więc przede wszystkim narzędziami ostentacyjnie budowanego autoportretu aktora. Mówiąc o własnym egotyzmie, potrzebie nieustannego wystawiania siebie na widok publiczny i ekshibicjonizmie wpisanym w zawód aktora, Palcat żebrze o naszą uwagę, miłość, a może nawet przebaczenie za grzechy, o których nie mamy i nie możemy mieć pojęcia. Jedynym ich bowiem metaforycznym śladem pozostają w spektaklu zbrodnie Ryszarda.
Co zatem nie podoba mi się w tym spektaklu? Przede wszystkim jego wykonanie. Paweł Palcat prowadzi tę opowieść za pomocą niezwykle agresywnych środków wyrazu, charakterystycznych dla progresywnej odmiany „teatru wyrzygu” (takie moje własne określenie). Niczym w najbardziej ekspresyjnych realizacjach teatru niemieckiego atakuje widza ostrym światłem, ogłuszającą muzyką i dźwiękiem (na tyle intensywnymi, że momentami całkowicie na przykład zagłuszają słowa piosenek Björk) oraz agresywnym stylem gry aktorskiej, opartym na nadekspresji i epatowaniu wszystkim, co w ludzkim ciele i zachowaniu może przerodzić się w potworność. Efekt jest taki, że – przywołując słynną anegdotę o oznaczeniach „P” i „O” w egzemplarzu Romana Wilhelmiego („przypierdolić” i „odpuścić”) – w kreacji Palcata nie ma właściwie w ogóle miejsca na „O”. Wszystko grane jest nieustannie na wysokim „P”. Kolejne sceny różnią się treścią, ale emocjonalnie brzmią niemal tak samo, przez co zamiast stopniować napięcie, z czasem zaczynają zwyczajnie nużyć.
Miałem też wrażenie, że Paweł Palcat – jako pomysłodawca, autor adaptacji i reżyser monodramu – za bardzo chce sprawować kontrolę nad każdym elementem przedstawienia. Paradoksalnie więc, im mocniej kontroluje całość, tym skuteczniej zabija swojego bohatera. W finale zostałem z perfekcyjnie wymyśloną i zrealizowaną formą, w której zabrakło niestety człowieka. Dawno nie wyszedłem z teatru tak zmęczony.
Tomasz Domagała, domagalasiekultury.pl


fot. Dawid Linkowski

