„Mali ludzie”

30 lipca 2026
petty-men-fot-olivia-spencer-12-1200x800.jpg

Podczas Festiwalu Szekspirowskiego sztuki współczesne cieszą podwójnie. Pozwalają na chwilę wyjść z szeregu kolejnych adaptacji i zobaczyć, jak frazy wybitnego patrona wydarzenia można osadzić w zupełnie nowej sytuacji, na przykład, jak w „Petty Men”, przenieść je za teatralne kulisy i postawić w centrum historii ambicje aktora. Nie jest to szczególnie oryginalne założenie, bo przecież w kulturze szeroko funkcjonuje figura aktora mierzącego się z Szekspirem, a wokół niej narosły mity, klątwy i przesądy. Ot, chociażby najbardziej znane przekonanie, że prawdziwą aktorską inicjacją jest zagranie Hamleta – roli, z którą można zmierzyć się tylko w konkretnym momencie życia, w młodości: albo się to zrobi, albo szansa przepada. Być może dlatego tak przejmujący był najbardziej ikoniczny monolog tej postaci, wykonany przez Wojciecha Leśniaka w pokazywanym kilka dni wcześniej „Hamlecie” Jacka Jabrzyka. Fraza „być albo nie być” przypadła aktorowi dojrzałemu, i z całą dojrzałością ją wypowiedział. Coś pięknego, ale nie często zdarza się taka szansa. Później pozostaje już tylko król Lear – kolejna postać obciążona pamięcią wielkich poprzedników. Ta fascynacja Szekspirem zdaje się nie przemijać.

W „Petty Men” towarzyszymy dwóm dublerom zatrudnionym przy wystawianym na West Endzie „Juliuszu Cezarze”. Jeden czeka na możliwość zagrania Kasjusza (Adam Goodbody), drugi – Brutusa (John Chisham). W kulisach przesiedzieli już dziewięćdziesiąt dziewięć wieczorów. Ten jest setny. Sztuka wyrasta z sytuacji oczekiwania, w której pozornie niewiele może się wydarzyć, jednak z każdą sceną atmosfera coraz bardziej gęstnieje. Trudno się dziwić: symboliczna stawka wejścia za kogoś jest wysoka, a szekspirowskie klątwy chodzą po ludziach. Jedna z teatralnych legend głosi, że sam Szekspir musiał pojawić się na scenie jako zastępca, ponieważ aktor grający Lady Makbet zmarł podczas premierowego przedstawienia. Właśnie w tym tkwi niepokojący paradoks bycia dublerem. Jego zawodowe spełnienie zależy od cudzego nieszczęścia. Sukces może nadejść tylko wtedy, gdy ktoś inny utraci możliwość grania. „Petty Men” bierze tę nie zawsze wypowiadaną myśl i pozwala jej stopniowo zatruwać relację między bohaterami.

Tak jak Brutus i Kasjusz byli sojusznikami, tak zastępujący ich mężczyźni pozostają sprzymierzeńcami w oczekiwaniu. Na setny wieczór zakładają imprezowe czapki i odpytują się nawzajem z tekstu, rzucając przypadkowe frazy. Otaczają ich miniaturowe rekwizyty: czaszka służąca za podstawkę pod piłkę tenisową, kwiatek – kolendra przyniesiona przed pierwszym pokazem, która po stu wieczorach zaczyna już obumierać, co jest jakoś przejmująco smutne – oraz piersiówka, z której dubler Brutusa dolewa sobie whisky dla kurażu. Początkowo panuje atmosfera niemal koleżeńskiej rutyny. Jest rozgrzewka, skakanka, odżywka białkowa pomagająca Kasjuszowi (postaci w spektaklu nie mają własnych imion) utrzymać formę i rzucone od niechcenia: „Powiedziałem Juliuszowi Cezarowi cześć, ale może nie wie, kim jestem”. Juliusz Cezar jest tu oczywiście kolosem – wielkim nazwiskiem, wielką produkcją, wielką rolą – górującym nad tytułowymi „petty menami”, małymi ludźmi zamkniętymi w garderobie. Z czasem lekka ekscytacja ustępuje jednak miejsca kompulsywnej nadziei, że tej nocy wreszcie uda się wyjść przed publiczność.

Żeby dubler mógł zagrać, coś musi przydarzyć się głównemu wykonawcy. I rzeczywiście coś się wydarza – tylko właściwie co? Atmosfera wskazuje, że coś najgorszego. Kulisy zmieniają swoje oblicze za sprawą światła, świetnie zaprojektowanego przez Lucíę Sánchez Roldán, a obaj mężczyźni coraz bardziej zaczynają przypominać postaci, do których zagrania się przygotowują. Dubler Kasjusza, staje się coraz chłodniejszy i bardziej zdeterminowany. Dubler Brutusa zapada się w sobie, choć od początku wydaje się mniej zawzięty. Kolega zarzuca mu, że nie przychodzi na próby, że wszyscy o tym mówią i że najwyraźniej wcale mu nie zależy. Jaka jest prawda – nie wiemy, bo Brurus się broni. Czy przez Kasjusza przemawia nadmierna ambicja, czy rzeczywiście Brutus pogodził się już z własnym położeniem? Przełomem jest informacja o przerwaniu przedstawienia. A jak wiadomo, przedstawień nie przerywa się bez powodu. Ba, czy ktokolwiek z czytających był kiedyś w teatrze, gdy nagle zapalono światła i zatrzymano akcję? Powodem musiałoby być coś naprawdę poważnego. W końcu nie wszystkie sygnały z zewnętrznego świata przedostają się do teatralnej rzeczywistości, gdy trwa przedstawienie. Jako widzowie świadomie wyłączamy się z odbierania wiadomości. Pamiętam, jak podczas oglądania spektaklu Florentiny Holzinger na festiwalu Kontakt w Toruniu pojawiły się sondażowe wyniki odbywających się tego dnia wyborów prezydenckich. Za plecami dało się wyczuć delikatne poruszenie: o godzinie dwudziestej pierwszej ludzie zaczęli dyskretnie rozświetlać ekrany telefonów ukrytych w kieszeniach i torebkach. Wszystkie reakcje musiały jednak zostać stłumione. W teatrze nie ma przecież miejsca na pozaspektaklowe emocje.

W „Petty Men” granica zostaje przekroczona w przeciwnym kierunku: to, co wydarzyło się na scenie, wdziera się za kulisy, gdzie życzeniowe myślenie bohaterów nabiera niespodziewanej mocy. Ich pragnienie wejścia przed publiczność jest tak silne, że zaczyna się wydawać sprawcze – jakby samo oczekiwanie mogło wywołać nieszczęście, na które czekali. Tylko jak, skoro przez cały czas pozostawali w garderobie? I dlaczego ich ręce są całe we krwi? Rola w tym spektaklu pożera aktora, teatralna rzeczywistość miesza się ze światem z tekstu, a czas traci swoją stabilność. Nie tylko dlatego, że narracja jest nielinearna, przerzuca widzów pomiędzy sytuacjami i każe błyskawicznie rozpoznawać kolejne warianty zdarzeń. Twórcy wykorzystują wszystkie dostępne teatrowi narzędzia, aby czas zawieszać, cofać i nas w nim przenosić. Bohaterowie mogą więc od miesięcy czekać na ten sam moment, ale mogą też przeżywać go nieustannie, rozgrywając w wyobraźni kolejne wersje własnego awansu i cudzej katastrofy. Mogą też skończyć w starożytnym Rzymie, co właśnie się wydarza. Pasuje tu powiedzenie „uważaj, czego sobie życzysz”.

Na koniec warto zadać sobie pytanie: ile „Juliusza Cezara” zostało w tej sztuce? Tekstowo – niewiele, choć jego frazy oczywiście powracają. Twórcy przejmują jednak z tragedii jej najważniejszy mechanizm: uniwersalność bohaterów i ich ambicji, opowieść o ludziach, których pragnienia prowadzą od sojuszu ku przemocy, katastrofie, a w jej skutek – rozpadu relacji. Jest tu także polityka, tyle że w małej skali. Zamiast spisku na najwyższych szczeblach państwa mamy teatralną hierarchię, o której jakże wiele mówi się za kulisami. Znamy to, znamy. „Petty Men” opowiada o ludziach pozostających w cieniu. Ich przemiana zaczyna się od bezsilności i coraz mocniej rozpalanego pragnienia, by wreszcie wejść na scenę, za wszelką cenę. Bo, choć to niewygodna prawda, jak w polityce, tak i w teatrze ktoś może zająć centralne miejsce dopiero wtedy, gdy ktoś inny zostanie z niego usunięty.

Anna Pajęcka