Korowód Hamletów

Na sam koniec tegorocznego Festiwalu Szekspirowskiego warto zauważyć pewien specjalny wymiar tej edycji, coś, czego nigdy wcześniej, w długiej historii tej imprezy, nie było, co się jeszcze nie zdarzyło. Otóż, wszystkie spektakle zakwalifikowane do konkursu głównego, rywalizacji o Złotego Yoricka, w której biorą udział najciekawsze w ostatnim sezonie realizacje szekspirowskich dramatów ze scen w całym kraju, to w tym roku adaptacje tego samego tekstu – „Hamleta”. To spektakle: z katowickiego Teatru Śląskiego w reżyserii Roberta Talarczyka, z nieodległego od Śląska Sosnowca, gdzie w Teatrze Zagłębia „Hamleta” wyreżyserował Jacek Jabrzyk oraz dzieło Kamila Białaszka ze stołecznego Teatru Powszechnego.
Aż trzy przedstawienia, zupełnie różne, zupełnie inaczej opowiadające znaną bardzo dobrze historię duńskiego księcia, walczą tym razem o względy jury i festiwalowej publiczności.
Ale to jeszcze nie wszystko. To tylko, można powiedzieć, wierzchołek góry lodowej, tylko jeden ze strumieni prawdziwej powodzi „Hamletów” w polskich teatrach. W ostatnich miesiącach powstało bowiem na różnych polskich scenach, od Gniezna do Krakowa, od Katowic do Warszawy, prawie dziesięć adaptacji tego tekstu. Adaptacji bardzo różnych: czasem bardzo wiernych, czasem mocno odchodzących od oryginału, opartych na tekstach napisanych w zasadzie od nowa i tylko trochę nawiązujących do oryginalnego dramatu Szekspira. Bogatych inscenizacyjnie, skrzących się rozwiązaniami, które robią wrażenie, a niekiedy bardzo skromnych, skupionych w zasadzie tylko na tekście i na samej grze aktorskiej.
Można sobie oczywiście zadawać pytanie, co spowodowało tę nagłą popularność tego tekstu na polskich scenach. I można znaleźć na nie mnóstwo różnych odpowiedzi. Począwszy od bardzo oczywistych, organizacyjno-promocyjnych – to po prostu popularny tytuł, dobrze znany publiczności, a więc automatycznie, bez żadnych specjalnych zabiegów marketingowych i reklamowych, rozpoznawalny przez nią i przyciągający jej uwagę. Są i wyjaśnienia bardziej złożone – takie choćby, że „Hamlet” wciąż przecież jest w szkolnym kanonie, więc spektakl na podstawie tego dramatu będzie ciekawą propozycją dla szkól. A to, zwłaszcza w mniejszych ośrodkach, bardzo pomaga teatrowi zapewnić odpowiednią frekwencję.
Są także, wreszcie, powody bardziej merytoryczne, wynikające z walorów tego tekstu i jego wciąż nieprzemijającej aktualności. A może wręcz aktualności coraz większej. Bo wiele wskazuje na to, że dzisiejszej młodzieży bohater tego tekstu: chwiejny, niezdecydowany, rozdarty między najróżniejsze, często skrajne emocje, wydaje się bardzo bliski, wydaje się świetnie zrozumiały. Bliski i zrozumiały bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bardziej niż w przypadku którejkolwiek z poprzednich generacji.
Wszystkie te argumenty zdają się działać, przyciągać publiczność i sprawiać, że kolejne osoby reżyserskie realizują w teatrach swoje wersje „Hamleta”. Ciekawe, która z nich okaże się w tym roku, zdaniem festiwalowego jury, najlepsza? Ciekawe też, czy ten pochód „Hamletów” trwać będzie nadal i czy na kolejnych polskich scenach w zbliżającym się wielkimi krokami sezonie powstawać będą kolejne realizacje tego tekstu?
Przemysław Gulda

