Dania rozpieszczona

2 sierpnia 2026
0_23-1200x800.jpg

Co by było, gdyby znieść dziedziczenie? Zobowiązać ludzi, żeby wszystkie zarobione pieniądze wydawali jeszcze za życia? Państwa wysyłałyby skrytobójców, aby przejąć niewydane środki, i wreszcie położono by kres rodowym majątkom. W końcu – jak przekonywał Thomas Piketty – kiedy zyski z kapitału rosną szybciej niż gospodarka i dochody z pracy, odziedziczony majątek coraz łatwiej pomnaża sam siebie. Wielkie fortuny nie muszą oczywiście zawsze pochodzić ze spadku, ale raz zgromadzony kapitał daje przewagę, której niemal nie sposób nadrobić samą pracą. Zamiast rzeczywistej wymiany u szczytów władzy grozi nam więc krążenie majątku i wpływów w obrębie tych samych rodzin. Z podobną myślą zostawia nas „Hamlet” Kamila Białaszka, który przyjechał na przedostatni dzień festiwalu z Teatru Powszechnego w Warszawie. Kiedy wszyscy szykują się już do braw, bo wybrzmiała ostatnia fraza tekstu – „reszta jest milczeniem” – Andrzej Kłak wychodzi przed publiczność, żeby jeszcze porozmawiać z nami właśnie o dziedziczeniu i majątkach. Ale pytań w „Hamlecie” pokolenia Z, jak utarło się już mówić i jak przedstawienie promuje sam warszawski teatr, jest więcej.

Jedno z nich zadaje książę Danii, grany przez Antka Sztabę, oczekując od publiczności odpowiedzi: czy bylibyście gotowi zabić człowieka odpowiedzialnego za zamach, w którym zginął ktoś wam bliski? Z widowni padają zarówno głosy na tak, jak i na nie. Sztaba-Hamlet doprecyzowuje: „Gdyby jakiś Trump albo Netanjahu to spowodowali”. Co prawda w czasach hamletowskiej Danii nie istniała ani fortuna Trumpów, która wyniosła potentata rynku nieruchomości na najważniejszy urząd świata, ani państwo Izrael, ale umownie potraktujmy te nazwiska jako figury współczesnej władzy – takiej, w której polityka i przemoc są ze sobą splecione. „Hamlet” z Teatru Powszechnego jest bowiem opowieścią o kapitalizmie, pieniądzu i władzy, ale także o generacyjnym starciu. O starszych – impotentach, którzy nie potrafią się nawet wysikać do pisuaru – i młodych: roszczeniowych, rozhisteryzowanych, przychodzących na gotowe, choć przekonanych, że właśnie dokonują rewolucji. Właściwie nie ma tu postaci, które można zrozumieć, polubić – może poza snującym się po scenie duchem Ofelii, granym przez Ewę Skibińską, który patrzy na świat już z odpowiednim dystansem.

O tej słabości młodego pokolenia jest znakomity monolog Anny Ilczuk grającej Gertrudę. Po tym, jak Hamlet zabija Poloniusza, królowa w ciągu kilku minut przeprowadza bezlitosną analizę całego jego pokolenia. Dostaje się internetowym zbiórkom na chore dzieci i petycjom na Facebooku: nie jesteście tak sprawczy, jak wam się wydaje, nie zmienicie świata. Prawdziwym osiągnięciem jest umiejętność przetrwania w rzeczywistości, która jest brudna, trudna i wymaga nieustannego radzenia sobie samemu. Ponieważ dzień wcześniej oglądałam „Odyseję” Nolana, przypomniało mi się zdanie, które reżyser włożył w usta Penelopy: „Pusty tron od dwudziestu lat? To ja siedzę na tym tronie i tym wszystkim zarządzam” – krzyczała władczyni do syna. Królowe, po stuleciach adaptowania klasyki literatury, zaczynają wreszcie odzyskiwać własny głos. Gertruda nie jest już wyłącznie zdradziecką żoną, Białaszek dopisuje jej osobowość.

Poza tym, reżyser nie tylko próbuje rozszczelniać hierarchie przedstawione w dramacie, lecz także obala je na poziomie samej adaptacji. Monolog Hamleta, tekst inicjacyjny, którego wygłoszenie miało niegdyś niemal symbolicznie wpuszczać aktora do zawodu, zdaje się na młodym reżyserze nie robić większego wrażenia. Nie dość, że monolog o podobnej wadze dostają niemal wszystkie główne postaci, to jeszcze dopuszcza do niego Ofelię, która nie umiera tutaj po cichu. Nie wypowiada wprawdzie całego monologu rozpoczynającego się od „Być albo nie być”, ale samą słynną frazę – już tak. I myślę, że to sprawiedliwe. Hamlet rozważa odebranie sobie życia, zastanawia się nad cierpieniem, śmiercią i odwagą potrzebną do przekroczenia granicy, ale to Ofelia ostatecznie tę granicę przekracza. W tradycyjnym układzie dramatu mężczyzna dostaje wielki filozoficzny monolog, kobieta zaś – opis śmierci przekazany cudzymi słowami. Białaszek przynajmniej częściowo wyrównuje tę dysproporcję: oddaje Ofelii frazę należącą dotąd do Hamleta i pozwala jej wypowiedzieć doświadczenie, które w dramacie staje się jej udziałem znacznie bardziej dosłownie niż jego.

Ów monolog Hamleta jest także okazją do wbicia szpilki w tekst, określony, parafrazując spektakl, jako już nieco zleżały. Z tym akurat trudno mi się zgodzić: przez cały festiwal doświadczaliśmy raczej niepokojącej aktualności dramatu. Decyzja, by monolog zlekceważyć – „i tak go wypowiem, bo, kurwa, wyglądam wtedy pięknie” – i wygłosić go w wannie, z pretensją w głosie, podkreśla jednak stosunek reżysera do tytułowej postaci. Białaszek widzi w księciu Danii przede wszystkim roszczeniowego bachora, nie zaś następcę tronu mierzącego się z rozpadem rodziny, państwa i własnego obrazu świata. Wartości, po które często sięgają adaptatorzy „Hamleta” – zemsta, wierność, prawda, lojalność – zostają tu odesłane do lamusa. Broni się właściwie tylko sprawiedliwość, i to sprawiedliwość społeczna. Stawką tu nie jest wcale przywrócenie moralnego ładu w państwie ani ukaranie uzurpatora, lecz zakwestionowanie zasad, dzięki którym jedni dziedziczą pałace, wpływy i prawo do decydowania, a inni mogą co najwyżej przyglądać się zmianie kolejnych twarzy na tych samych tronach.

W scenografii zaprojektowanej przez Aleksandrę Wasilkowską od początku manifestuje się, że chodzi o kasę – bo o co innego miałoby chodzić? Pieniądz rządzi światem. Zakład, który przed pojedynkiem Laertesa i Hamleta zawiera Klaudiusz, staje się tu okazją do zarobku, z której korzysta Horacjo (Michał Czachor jest znakomitym Horacjem). Wynik obstawia się na Polymarkecie – platformie, wokół której narosły opowieści o zakładach dotyczących decyzji politycznych Donalda Trumpa i wykorzystywaniu poufnej, zakulisowej wiedzy. W internetowych spekulacjach wśród osób mających regularnie zarabiać na takim dostępie wymieniano nawet Donalda Trumpa Juniora, syna prezydenta Stanów Zjednoczonych. Słuchając podobnych historii, ma się ochotę przyklasnąć pomysłowi zniesienia dziedziczenia.

Czy w tym świecie istnieją jeszcze niewinne wartości? Czy komuś naprawdę na kimś zależy? Nawet sztuka i literatura okazują się wymysłami rynku, pozbawionymi wszelkiej metafizycznej wielkości. Jeśli dać losowej małpie klawiaturę i nieskończenie wiele czasu, w końcu napisze całego „Hamleta” – tak mówią. Nie ma więc geniuszu, jest za to rachunek prawdopodobieństwa, przypadek i wystarczająco długa produkcja. Korporacji małp, które otwierają przedstawienie, chodzi jednak właśnie o to, żeby pisać, pisać, i „Hamleta” ostatecznie nie napisać. Dopóki nie powstanie produkt, nikt nie będzie mógł go ocenić, a więc także rozliczyć ich pracy. Proces może trwać wiecznie, wypełniać kolejne raporty, spotkania i godziny pracy, nie prowadząc do żadnego rezultatu. To oczywiście metafora korporacyjnego zatrudnienia: systemu, który jeszcze pokoleniu milenialsów zapewniał awans społeczny, stabilizację i wejście do klasy średniej, a przez generację Z coraz częściej postrzegany jest jako praca pozbawiona sensu i wymiernej wartości społecznej. I tak przez niemal trzy godziny słuchamy rozbudowanej autokrytyki pokolenia, instytucji, teatru i kapitalizmu. Żeby tradycji stało się zadość, przytoczę jeszcze frazę z publiczności – tym razem zasłyszaną w łazience, ale wyjątkowo trafną: „To takie teatralne «1670»”.

Nawiązanie do netflixowego hitu wcale nie jest od rzeczy. Oba tytuły wykorzystują anachronizm, współczesny język i ostentacyjne mieszanie porządków, żeby opowiedzieć o społeczeństwie, które zmienia dekoracje, ale niekoniecznie mechanizmy władzy. Kiedy zostajemy zaproszeni na przerwę, na dużym ekranie wyświetla się film dokumentalny, historia duńskiego chłopa. Gra go Andrzej Kłak – aktor Teatru Powszechnego, który występował także w satyrze na polską szlachtę, a w „Hamlecie” wciela się w Rosencrantza. To takie kolejne puszczenie oka, jakich w przedstawieniu wiele. Spektakl jest tak wielowarstwowy jak kostiumy Sławka Blaszewskiego, pozszywane z różnych elementów garderoby. Kostiumowy nadmiar świetnie opowiada estetyczny chaos, którym posłużył się Białaszek wystawiając „Hamleta”. Tak sobie myślałam, że adaptacja w reżyserii Jacka Głomba, które mogliśmy oglądać kilka dni wcześniej, przy tej interpretacji wygląda, jakby upłynęło nie 25 lat, ale co najmniej dwa pełne pokolenia. I chyba dokładnie tyle dzieli obu reżyserów. Trudno jednak odmówić przedstawieniu energii i bezczelności, z jaką próbuje przejąć klasykę na użytek własnej generacji. Ta interpretacja „Hamleta” zgromadziła chyba najmłodszą publiczność całego festiwalu. I już samo to służy Szekspirowi, festiwalowi oraz literackiej klasyce.

Anna Pajęcka













fot. Karolina Sołtys