Ile miejsca może zająć kobieta?

Ile miejsca może mieć kobieta? W tekstach Szekspira i w ogóle: w domu, w życiu, w świecie. To pytanie, które powraca w rozmowie o twórczości angielskiego dramatopisarza od dawna. Powraca też nie od dziś na Festiwalu Szekspirowskim.
Najgłośniej w ostatnich latach zadała je Martyna Wawrzyniak, autorka scenariusza pamiętnego spektaklu „Gwałt na Lukrecji” w reżyserii Marcina Libera, przedstawienia dyplomowego z krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych, gościnnie pokazywanego na gdańskim festiwalu w 2018 roku. Wawrzyniak zwróciła uwagę na kilka bardzo znamiennych faktów, wynikających z uważnej lektury Szekspira – choćby na tę, mocno symboliczną, kwestię, że nawet w tytule żadnego z szekspirowskich dramatów nie ma żadnej samodzielnej kobiety – jeśli się pojawia, to tylko w męskim towarzystwie. W tytułach szekspirowskich tekstów każda Julia musi mieć swojego Romea. I naprawdę nie ma wyjątków? Jest. Jeden. Właśnie Lukrecja, która – jak wskazuje Wawrzyniak – za „samodzielny” tytuł dramatu musiała zapłacić tym, że była ofiarą gwałtu.
Idąc dalej tropem myślenia Wawrzyniak, wówczas dopiero debiutującej dramatopisarki i dramaturżki, nawet postać, która w jednym z tekstów Szekspira odgrywa bezdyskusyjnie pierwszoplanową rolę, ma sprawczość, siłę i pozycję, Lady Makbet, nie zasłużyła na to, żeby pojawić się w tytule dramatu, który opowiada o jej morderczym rajdzie przez kraj i większość najważniejszych osób w jego politycznej i społecznej hierarchii.
Zmienia się to w spektaklu, który w ramach nurtu SzekspirOff przywiozła w tym roku do Gdańska pracująca w Polsce ukraińska reżyserka Olesia Nieżywa. Jej „Lady staje się Makbetem” to właśnie mocny głos o przywrócenie miejsca tej mocnej szekspirowskiej postaci – w przedstawieniu Nieżywej dostaje ona przestrzeń nie tylko w tytule, ale i na scenie. To opowieść o niej, o jej wyborach, o tym, co mogła zrobić, a czego robić nie powinna. Makbet nie pojawia się tu na scenie w ogóle, to nie o nim jest ta historia.
Nieżywa wzywa za to kogoś z zupełnie innego porządku, kto w swojej twórczości mocno domagał się miejsca dla kobiety w życiu, w sztuce, a nawet, po prostu w domu – pokoju, w którym mogłaby robić to, co chce robić, to co dla niej ważne. To Virginia Woolf, która na scenie, zamienionej w studio telewizyjnego talk show na żywo, wchodzi w dialog z Lady Makbet i samym Szekspirem – pojawia się on tu w kobiecej postaci.
Jasne, że cały ten spektakl oparty jest na niemożliwej do przezwyciężenia ambiwalencji – przecież każdy, kto choć trochę zna twórczość Szekspira, wie, że Lady Makbet jest prawdziwą ikoną zła, a mało który z jej czynów z kart „Makbeta” jest możliwy do obrony. Ale kiedy w finale spektaklu tytułowa bohaterka, którą zagrała Alina Kostiukova, po części obnażona, pozbawiona atrybutów swojej siły i władzy, staje przed widownią, wyłączając kamery, które do tej pory ją filmowały i domaga się dla siebie miejsca, pyta czy może zająć go chociaż tyle, ile zajmują jej stopy, postawione na ziemi, wrażenie jest piorunujące.
Przemysław Gulda









fot. Karolina Sołtys

