Festiwal Szekspirowski

10 dni spektakli i wydarzeń artystycznych

27 lipca – 5 sierpnia

Miarka-za-miarkę_Cheek-by-Jowl-i-Teatr-Puszkina-w-Moskwie_fot-Dawid-Linkowski_DSCF5085-1200x800.jpg

9 sierpnia 2017

Piątek  4 sierpnia
Gdybym napisała, że bywają sztuki Stratfordczyka, które są dla mnie  nielichym wyzwaniem, to w prywatnym TopTen „Miarka za miarkę” uplasowała by się raczej dość wysoko, jeśli nie „tuż za pudłem” (pozwalając sobie na sportowe kolokwializmy!). Uważa się ją za łatwą, prostą, oczywistą: nic bardziej złudnego! Mami, zwodzi tropami, łudzi. Mimo, że z pozoru wszystko od razu jest proste, klarowne, naoczne i oczywiste jak drzewa w lesie i krzyż nad zakonnym ołtarzem.

W końcu to jedna z  7 lub 9 (zależy, jakie przyjmiemy kryteria) „Sztuk Problemowych”, w dodatku „scenicznie kochana” raczej od niedawna. Łatwiej się na tym tekście reżysersko i aktorsko wyłożyć, niż stworzyć mądry, cenny, ważny i niezwykły spektakl. Declan Donnellan odniósł sukces, choć jest to nie tylko zasługa jego, ekipy i przede wszystkim aktorów moskiewskiego Teatru im. A. S. Puszkina. Jeszcze o tym będzie, na razie powróćmy do naszych owieczek: tych wiedeńskich dworskich, tamtych smutno- szarych z Życiem zawieszonym pomiędzy kratami, kazamatami i łaską Pańską (jak wiadomo na pstrym rumaku swoimi ścieżkami kłusującą, czasem ostro galopującą!), owych obserwujących i czekających…

Książę Vincentio: typ badacza- naukowca- obserwatora- analityka, pełen leków i niepewności. Bardziej od tyranii i siły ceni prawo i obiektywizm. Naprawdę nie ciągnie go do władzy, splendoru, siły i rozkazów. Zostaje przymuszony: urodzeniem, pozycją, prawem dziedziczenia, ściśle zaplanowaną Przyszłością. Z jego pasjami, zainteresowaniami, wyborami nikt się nie liczy: on ma Tylko dorosnąć, objąć Władzę, sprawować Rządy, jak najlepiej poszerzać Dziedzinę. Kogoś dziwi, że się zbuntował i zwyczajnie próbował „zwiać do Mysiej Dziury”? Naprawdę nie ufał prawie nikomu. Mistyfikacja miała być jedynym, prawdziwym i skutecznym probierzem dla (rzekomo najszczerzej i dozgonnie!) lojalnych i oddanych współpracowników.

Mnich z przymusu i konieczności napotkał na swej ścieżce ku Prawdzie iście pstrokatą galerię ludzką. Ponoć przyjaciół się nie wybiera, w biedzie się ich poznaje; zaiste coś w tym jest…

Claudio, niepoprawny szlachcic imprezowicz  żyjący w wolnym stadle z kurtyzaną. Kocha, jest kochany, na swój sposób szczęśliwy. Gdy w wyniku restrykcyjno-purytańskich rządów namiestnika Angelo wylądował w więzieniu, okazał się bardzo pozbawiony pewności siebie. Śmierć, dama piękna w czarnej sukni, która w oczy mu zajrzała, dała mu jednak więcej niż zabrać planowała. Izolacja, strach, rozpacz, rozdzielenie z ciężarną Giuliettą, wizja nie ujrzenia, nigdy nie utulenia owocu ich Miłości. To wszystko spowodowało, że Bon Vivant stał się silnym, odpowiedzialnym, pogodzonym ze swoim losem i uładzonym z życiem Twardzielem. Mało komu chce się już  wyciągać spod stryczka szlachcica, który nie ma fortuny, pieniędzy, wpływów; na dodatek jeszcze afiszującego się miłością do gamratki. Bezpieczniej  go nie znać, przyjaciele odwrócili twarz…

„(…) Inne leki, prócz Nadziei, ludziom nieszczęsnym nie znane niestety(…)”*

W tym miejscu jest jednak ktoś, kto jest swoistym Ludzkim Lustrem dla Claudia: mowa o Barnardine. Morderca od dziewięciu lat czekający na wyrok; zwykle zbyt leniwy i pijany, by być gotowym na randkę z Czarną Damą. Może po prostu fortuny jego wpływowych i bogatych kompanów, przyjaciół, niegdysiejszych zleceniodawców są tak władne i wszechmocne, iż ciągle jeszcze żyje? Skrajny indywidualista, zblazowany i cyniczny filozof, nigdy nie nazbyt poważny błazen w więziennym płótnie. Żyje, choć sam nie wie po co, dla kogo, jaki jest Plan na niego (i czy w ogóle Absolut takowy kiedykolwiek miał?!)…

Giuletta  jako pierwsza odkrywa kim naprawdę jest nietypowy Mnich, świeżo przybyły do więzienia. Jedyny, którego tak naprawdę obchodzą więźniowie, ich losy, historie, drogi wiodące na margines życia. Ona i Claudio są dla niego nie tyle zagadką, co wyzwaniem, celem swoistej prywatnej misji (choć do spełnienia owej zaiste swoistego cudu trzeba będzie: udać się może tylko wtedy, gdy pospołu działać będą Mnich z Księciem!)…

No i najważniejszy element tej Ludzkiej Układanki: siostra Claudia czyli Isabella. Imię równie tajemnicze co postać, choć na pozór oba jednoznaczne… Przyjmując, że równoznaczne z nim jest angielskie Elizabeth, mamy kolejny nietypowy hołd (lubo personifikację!) Gloriany, najukochańszej protektorki. „ Zaprzysiężona Bogu”; hmmm, niech sprostuje to sama Zainteresowana:

„(…) I have the heart of a man, not a woman, and I am not afraid of anything.(…)Fear not, we are of the nature of the lion, and cannot descend to the destruction of mice and such small beasts.(..)”*

Kto powiedział, że (powodowana miłością braterską) nieśmiała pokorna mniszka nie jest w stanie „przejść samej siebie”, by ocalić brata? Nie ma dla niej zbyt wysokich progów, których nie przejdzie lub zbyt szlachetnie urodzonych, którym nie zrobi wręcz „najazdu” na gabinet. Nie skutkuje skromność, potulność i pokora? Groźbą ich weźmy, natarczywością, czasem wręcz napastliwością! To też zawiodło? Zawsze można ostentacyjnie, obrazowo, wręcz przesadnio-dewocyjnie użyć modlitwy; któż się takiemu argumentowi oprze? ( Nota bene ten argument zadziałał nawet na …ateistycznego nadzorcę więziennego…!).

Lecz w wypadku Isabelli, mniszki z wyboru i powołania, poświęcenie ma jednak swoje granice. Brat prawie pogodził się ze śmiercią, zaakceptował sytuację. Jednak, gdy usłyszał cenę, jaką mogło by mieć jego życie, gdyby mu je jednak darowano, zwyczajnie „stanął okoniem”! Bowiem Siostra (nawet w imię życia, wolności i bezpieczeństwa Brata!) ani myślała poświęcić godność, przyzwoitość, czystość sumienia czy dobre imię! To były wartości immanentne, najważniejsze, określające ją jako Człowieka. Szczerze mówiąc ni grama jej się nie dziwię. W szekspirowskim Wiedniu Prawo uśpione trwało, Wartości wymarły śmiercią naturalną lub zabił je Pieniądz i Kariera. Władza w osobie Namiestnika zaostrzyła przepisy, nałożyła kary i restrykcje, pokazowo zaludniała więzienia, czerwieniła topory i osłabiała gałęzie drzew. Angelo anielskim i czystym był tylko z imienia. W tak zdemoralizowanym świecie nawet słaba i delikatna łania stanie się Lwicą, by obronić to, co ją tworzy i stanowi: Dusze, Serce, Honor. Zasady i kręgosłup moralny stają się pancerzem Wojowniczki, by chronić Kobietę…

Declanowi Donnellan wyszedł ważki, cenny i ważny moralitet sceniczny o tym, co zawsze jest nieprzemijające, najważniejsze i istotne dla każdego z nas. O wartościach, zasadach moralnych, wyborach i cenie, którą za nie płacimy (jeśli w porę nie skalkulujemy strat, wydatków i kosztów). Kruchości ludzkiej natury, przy jednoczesnym jej harcie i sile życia. Szczerość i Prawda jednak się opłacają, tylko, by się powiódł mariaż tychże, musi być spełniony jeden warunek: do tego potrzeba jeszcze dwóch składników, nader rzadkich i istotnych. Wiary i wielkiej Odwagi Cywilnej. By postawić się i „wziąć za bary” to, co akurat tego wymaga: życie, ludzkie szkodniki, własne słabości. Bo jesteśmy – tylko lub aż!- Ludźmi, zależy jak na to spojrzeć…

Fundamentem sukcesu moskiewsko – londyńskiego jest fenomenalne wręcz zgranie, porozumienie, zsynchronizowanie zespołu aktorskiego Teatru im. A. S. Puszkina. Im po prostu daje się grać, tworzyć, „oddychać tekstem i postacią”; efektem była półgodzinna Standing Ovation, najszczerzej zapracowana i zasłużona! Wyróżnić kogokolwiek oznaczało by skrzywdzenie reszty: w tej „Miarce za miarkę” nawet maleńkie epizody są maleńkimi drobiażdżkami, dopracowanymi co do szczegółu. S-P-E-C-T-A-C-U-L-A-R…!

Declan Donnellan wyreżyserował arcytrudny i zawiły spektakl tak, że za „Miarką…” tęskni się jeszcze będąc na widowni w czasie braw. Nick Omerod stawiając pięć czarno-czerwonych kubików, uczynił scenografię tyleż uniwersalną, co praktyczną; pozostawił przestrzeń dla słowa, emocji i ruchu. Sergey Skornetskiy umiejętnym operowaniem górnym światłem (tylko i wyłącznie, co nie jest łatwe, proste, tym bardziej oczywiste!) domalował i stworzył resztę. No i te nuty Pawła Akimkina, ten przylepiający się do uszu i duszy widza niesforny szalony walczyk…

Dokładnie takie przysmaki teatralne Tygrysy kochają nad miarę! Lecz czy mogło być inaczej? W końcu to sami aktorzy swojemu ukochanemu Reżyserowi sprawili prezent na 64 urodziny: dar z gatunku najpiękniejszych, najcenniejszych, najkunsztowniejszych. Zasię Jubilat prezentem szczodrze podzielił się z nami wszystkimi: uwierzycie, że za chwilą otwierania Tego Dachu można tęsknić i cieszyć się jak chaplinowski Brzdąc, niezależnie od wieku i metryki…?!

*     William Shakespeare „Miarka za miarkę”, tłumaczenie Stanisław Barańczak; Claudio, III,1
*     http://tudorhistory.org/elizabeth/, https://www.britannica.com/biography/Elizabeth-I

Anna Rzepa-Wertmann

DSCF4528-1200x800.jpg

2 sierpnia 2017

Z nie do końca odczyszczoną Duszą jadę tramwajem na Bogusławskiego z nadzieją na skuteczny „powrót do samej siebie”. Rytm kołysze, giba, buja; czeka mnie „nareszcie prawdziwy Hamlet”. Na swoje szczęście nie wiem jeszcze, jak bardzo ten spektakl wywróci moje życie, sądy, opinie, rozwali prywatne „Shakespeare’s Top of The Promps”… William wespół z Losem pozwalają mi trwać w nieświadomości, kpiarsko się nawzajem ze mnie śmiejąc.

Czekamy naprawdę długo: nie ma przeproś, za jasnymi drzwiami trwa próba! Nagle, pośrodku rozmów i powitań słyszę rozgrzewający się i rozśpiewujący Cud. Mezzosoprano dramatico, sześć oktaw Głosu powleczonego Esencją Piękna! Pierwszą reakcją mimowolny okrzyk: „Oni tam Syrenę w zespole mają? Jak nie otworzą po dobroci, sama sforsuję drzwi, natychmiast chcę resztę i więcej!” (Zakładam, że wiecie jak wyglądają drzwi wiodące na widownię w Teatrze Szekspirowskim? Czego to nie zrobi wściekło – zniecierpliwono – zachwycony krytyk…?!) Stojąca obok Szekspirowska Dama Świetlista uśmiechnęła się wymownie, kwitując moje zniecierpliwienie „Chciałabym to zobaczyć, znaczy się to forsowanie…”. W tym momencie cud się staje, drzwi powoli się uchylają. Zaraz za nimi czeka pierwsza z niespodzianek. Po obu stronach nieme, nierzeczywiste cztery postaci mniszych braci; mimowolnie przystaję na moment zastanawiając się: „Statyści? Aktorzy? Elementy scenografii?”. Drugi dzwonek, Elfy kierują mnie do ostatniego rzędu. Z samego brzegu elegancki mężczyzna z …otwartym I-Padem; z lekka dębiejąc proszę po angielsku (z racji ESRA Conference w tym roku w Teatrze częściej słychać angielski niż polski!) o przepuszczenie. Wstał, uśmiechnął się pięknie, przepuszczana słyszę dźwięczne: „Izwinitie, proszu…”; znaczy się mamy Wieczór Cudów i Zadziwień, ten był wtóry.

Trzecim jest Scena: gotycko- techno- metalowe wcielenie; rampy z kątowników, łuki, schody, nad wszystkim góruje, chwilowo samotny, cudnej urody lutniczy kontrabas. Oksydowana czerń metalu potęguje wrażenie niecodzienności, coraz bardziej wodzi moją wyobraźnię na manowce. Ktokolwiek ją wymyślił i zaprojektował, zaiste miał wyobraźnię; chylę kark i kolana w czystym zachwycie!

Poniżej podwójny zestaw kotłów, rockowa wzmocniona i rozszerzona perkusja (raczej wersja deep gothic metal), samplery i klawisze (jak ze studio Ricka Wakemana!), pulpity „dęciaków”(przez moment dłuższy podejrzewałam owo niezwykłe instrumentarium nawet o theremin, choć tym razem akurat się pomyliłam). Od tej chwili postanawiam się nie domyślać, nie analizować: skupiona, Tylko i Wyłącznie czekam! Wtedy słyszę przedsmak cudu czwartego: ciężkie, mocne, głębokie, niesamowite, metalowo- transowe dźwięki, dosłownie wbijają w fotel, nogi i palce same wybijają rytm; mimowolnie zaczynam wibrować, dusza i mózg wariują. Na pewno czekam na spektakl być może nawet i operowy, nie jestem przypadkiem na koncercie black methal?!

Widownia powoli ciemnieje,  gęstnieje, mrocznieje; jeszcze chwila i słychać tylko tupanie ciężkich glam obcasów, mrok rozświetlają okrągłe LED-owe reflektorki trzymane w dłoniach trzech czarnych wysokich Dam. Moje wyczekane Wiedźmy Syreny przeczesują widownię, wyraźnie kogoś szukając, Mnisie Postaci z Wejścia podążają za nimi. Od momentu, gdy słyszę nawoływanie: „Hamlete, Hamlete, o Hamlete…!”, wiem jedno: czeka mnie ostra teatralna jazda bez trzymanki, czegoś takiego jeszcze nie przeżyłam!

Trzy Wiedźmy o syrenich głosach (dwie mezzosopranistki i alcistka) były Eryniami, którym Mroczny Włodarz (władający z góry orkiestrą, Księciem Kontrabasem i dzierżący w dłoniach wszystkie Sznury Losu) przydzielił nader trudne zadanie. Niech dadzą duńskiemu Dworowi wtórą szansę na to, by naprawić, wyprostować, rozsupłać węzły. Losu i przeznaczenia okpić i oszukać się nie da; one to wiedzą, Hamlet & Company dopiero się przekonają. Zadanie nie tyle niemożliwe, co horrendalnie trudne. Ludzie, nawet ci ożywieni Czarną Mocą „na poprawę”, wciąż pozostają tylko i wyłącznie ludźmi z wszystkimi ich wadami, przywarami, niedoskonałościami. Powielają błędy, schematy myślowo- sytuacyjne, idą na łatwiznę, myślą sztampowo i szablonami, prawie zawsze na poczesnym miejscu stawiając siebie i swoje miałkie materialistyczne interesy.

Pośrodku nadwrażliwy Hamlet z dziurą w duszy, prawdą zatruwającą i ciążącą mu na sercu, przedwcześnie dorosły i po bandycku ograbiony ze spuścizny. Może i szczerze kochający, lecz zbyt głęboko zatruty jadem depresji, by być szczery i prawdziwy. Stłamszony przez urodzenie, geny, pozycję, dziedzictwo…

Laertes, głodny świata, wiedzy, własnych sądów i poglądów. Z wyznaczoną mu przez Ojca od urodzenia drogą i przeznaczeniem, stłamszony serwilizmem Rodziciela, niekoniecznie chcący wybrać jego Ścieżkę. Odpowiedzialny starszy brat, kochający siostrzyczkę ponad wszystko…

No i jest jeszcze nieledwie Dziecię, której już zaprojektowano Przyszłość, nie dając ni krztyny prawa do własnych Ofeliowych marzeń, pragnień, uczuć. Wieczne kontrolowanie, szpiegowanie, traktowanie córki jak szczebla w drabinie Kariery musiało się tak skończyć!

Piękni, młodzi, szczerzy, beztroscy, niewinni i prawdziwi jak melodyjka z dziecinnego pianinka – pozytywki. Jeszcze nie zatruci, wciąż z nadzieją na szczęście. Grają w berka pomiędzy mrocznymi zakamarkami sceny, stale mijając Erynie lub Mrocznego Włodarza. Czworo par oczu ich obserwuje, choć wie, przeczuwa, że to się nie może powieść, choć zamysł zaiste był szczytny…

Prócz Cudów były też zagwozdki, i to nieliche. Najpierw Kyrie, potem Alleluja, Benedictus, Ave Maria – zaczynam niejasno podejrzewać, że Roman Grygoriv (po drodze jeszcze tajemniczy Mroczny Włodarz, epizodycznie będący duchem starego króla Hamleta) oraz Illia Razumeiko (najzabawniejszy i najniezwyklejszy Yorick, jakiego w życiu swoim na scenie widziałam!) stworzyli muzykę, która stałą się swoistą gothic methal mszą. Tak cudnej urody, iż kto raz te dźwięki słyszał, marzy już tylko o jednym: mieć je bezapelacyjnie na płycie, słuchać, zachwycać się bez końca…! Zaraz, zaraz, gdzież moje maniery?! Panie, Panowie, przed Wami trzy Syreny Wiedźmy Erynie: Halyna Barankevych, Nadiya Levchenko, Olesya Pasichniak!

Spektakl doskonały: tu wszystko do siebie pasuje, ze sobą współgra, uzupełnia się, dopełnia. Zachwyca od pierwszej do ostatniej sekundy, uwodzi, wciąga, skupia na sobie całą uwagę widza. Deklasuje wszystkie „Hamlety”, które dane mi było widzieć: byłoż ich naprawdę wiele, w różnych tłumaczeniach i językach. Gdy to piszę, jest sobotnia noc, mój umysł i wrażliwość wciąż mentalnie tkwią na widowni Szekspirowskiego. Cóż, widać jestem typem widza zupełnie nieodpornym na czary i zaklęcia Erynii o Syrenich Głosach; niebotycznie się z tego cieszę! Jakaś repeta będzie…??!

Anna Rzepa Wertmann

Anna Rzepa-Wertmann


1 sierpnia 2017

Wtorek 1 sierpnia (nawet na Szekspirowskim w Tej Jednej Jedynej Chwili Zastyga Się  w Ciszy i Skupieniu…!)

Lecz nim nadeszła Godzina W, przyszłą pora na inszy Cud Wyczekany. Chyba na mało co czekałam tak jak na bengalskie „Macbeth. The Mirror” w reżyserii Santanu Das, przywiezione z teatru Kalyani Kalamandalam. Nota bene zagonionemu Krytykowi zdarza się, śpiesząc się na wyczekany teatralny specyał  …zostawić bilety w bazie wypadowej; pisałam już, że Wolontariackie Elfy to Zbiorowe Szekspirowskie Dobro Dodane? No to potwierdzam po raz kolejny. Jednak tym razem „czuję pismo nosem”, bowiem wchodzę bocznymi korytarzami, ku mojemu zdziwieniu Elfy kierują na …scenę…! Miejsce potęguje tylko to, co zaraz przeżyję – sztankiety, rampy, kable, cała ta magiczno – sceniczno- czarno- metalowa „teatralna podszewka”. Przy wejściu czai się sam szef Kalyani Kalamandalam i jednocześnie reżyser – Santanu Das skupiony wespół z oświetleniowcem i dźwiękowcem na stole miksersko nagłośnieniowym, suwakach, dopracowaniu detali… Z boku sceny potężny mężczyzna otoczony bębnami, perkusjonaliami, dzwonkami, dzierży w ręku świątynny róg bawoli; dusza mi wprost piszczy z radochy na to, co zaraz usłyszę, a dotąd znałam tylko z zapisu  video, umieszczonego na stronie teatru…

Mroczne Dzikie Niebezpieczne

William przefiltrowany przez kulturę, tradycję i duchowość hinduską, podany w bengali. Minimalnym nakładem środków, z olbrzymią niesamowitą wprost pasją, wyobraźnią, ekspresją; tego rodzaju spektakl to czysty epizodyczny Dar od Losu!

Minimalistycznym nakładem środków, bowiem Scottish Play opowiedziana zostaje głosem, ruchem, dynamiką, ruchem i wyobraźnią trzech bengalskich Wiedźm; przeklętego Thana i reszty bohaterów zasadniczo tu brak. Chwilami jednak aż duszno, parno, mroczno i smoliście od Makbetowskich chorych aspiracji, wizji, demonów. One trzy Nocno Czarne stają pomiędzy czterema sznurami, w ciemności leciutko rozpraszanej jedynie świetlnymi pasmami; żywy trójobliczny posąg Kali: czarnej Pani, władczyni wszystkiego co nocne, mroczne, krwawe, tajemne, nieodgadnione choć przeczute i zapisane w Czasie. Są jednocześnie sobą, Wszystkim i Każdym co do kształtu, stanu i osoby. Skupiają na sobie cała uwagę, wcale o nią nie zabiegając; zupełnie jakby nas nie zauważały, jakby nas tutaj w ogóle nie było…

Mam wrażenie, jakby całą krwawa (świetnie przecież znana historia!) była przez nie rozgrywana w ich własnym, transowym szalonym magicznym Świecie, a widzowie tylko jakimś cudem nieodgadnionym są gośćmi w tej krainie przez Mab władanej. Czas pędzi, by za chwilę zwwwoooooooooolllllllllllnniiiiiiiiićććććććć… Każda z nich w białym sari z czerwonym pasem, z obliczami zmienionymi nie do poznania kolejnymi farbami; coraz mroczniejsze, groźniejsze, waleczniejsze, bardziej transowo- szalono- wiedźmie wirują, przeginają się, zaklinają, mantrują! Nagle wszystko zastyga, staje się czarne, gwałtownie ciche, dziwnie obce i za ciche… Zdziwieni, nadskupieni, jeszcze nie pojmujemy Że To Już Koniec…! Monalisa Chatterjee, Shipra Dey, Jayeeta Das stają przed nami – stojącymi, bijącymi brawo do bólu dłoni, pokrzykującymi “BIS!”! Zmęczone, zdziwione i prze-szczęśliwe przyjęciem ich egzotycznej wizji i niesamowitego języka przez publikę w dalekim kraju zwanym Polska; to ci dopiero niespodzianka, na dodatek obustronna!

Wychodzę na dzienne światło foyer, a dusza i umysł wprost wrzeszczą: „Jeszcze, Za Mało Natychmiast Więcej…!” – zdaje się, że nie ja jedna mam niedosyt tak cudownej uczty, a to dopiero początek…

„Papo? Nie, Duch Jego, fajtłapo…!”

Wychodzę z Teatru na zatopioną w słońcu ulicę, akurat dzisiaj Gedania postanowiła się i ludzkość wszelką podgrillować dokumentnie. Jakaś odmiana, nawet miła, po blisko tygodniowym ciągłym kąpaniu się w burzach, deszczach, chmurach i ulewach – o zalewaniu wszystkiego jak leci taktownie zmilknę – Damo Gedanio miejże Rozum, kiej Miłosierdzia nie stykło…!

Kierunek: Długa 50/51, Teatr w Oknie! Najpierw drobiazg cudownie uroczy, rozbawiający do łez, Stanowczo Za Krótki: „Gburlet” Jeremiego Przybory. Ponieważ tego drobiażdżku scenicznego (hmmm, zwać to cudo skeczem, scenką, humoreską sceniczną? Oj tam, oj tam – najważniejsze, że cudnie urocze!) było tylko i dosłownie 10 minut wszystkiego, więc przewalczyłam upał, wrzask i hałas Ludu Wszelkiego na przepełnionej Długiej i … zaliczyłam repetę! Co mi tam, najważniejsze, że się Teatrowi Specjalnie Na Tą Okazję (Kochani, już nazwę macie genialną, a jakie jeszcze w Was pokłady vis comica tkwią, może by tak częściej i dłuższe formy…? Jestem Jak Najbardziej Za!) należą brawa i gratulacje za szerzenie w Narodzie zaraźliwego optymizmu i przybliżanie spuścizny Jeremiego, Przybory. Na sam koniec będą napisy końcowe czyli Osoby Szerzące Komizm i Odpowiedzialne: Karolina Arczewska, Paulina Wojtowicz, Piotr Kosewski, Dawid Pelowski, Paweł Pochyluk, no i Mistrz Przybora rzecz jasna…!

Ps. Skutek uboczny: poszerzenie zasobu określonek: „Ożeż ty w pludry szarpany…”
Lutnia czyli przygoda z Renesansem

Jest 1 sierpnia, dokładnie 17:00 – uroczysty i przejęty Krzysztof Grabowski, wita nas w Teatrze w Oknie i prosi o powstanie; dla wszystkich nas Tu i Teraz Minuta Ciszy jest stanem oczywistym. Cisi, podniośli, skupieni – nieważne jest Miejsce, ważna jest Chwila i Pamięć! Potem już przez czarowną godzinę tymi murami włada dziewięć chórów (tak zwie się podwójne struny) lutniowych, słowa i nuty Johna Dowlanda, czyste brzmienie angielskiego Renesansu muzycznego. Mateusz Ławniczak ma rzadki dar tyleż fascynująco opowiadania o muzyce, instrumentach i epoce, co jej wykonywania… Piękny dźwięczny głos, niesłychana już dzisiaj wrażliwość i erudycja muzyczna, otwarcie się dialog i kontakt ze słuchaczem, no i te zajmujące opowieści o świecie muzycznym i twórcach. Jeśli gdzieś kiedyś traficie na koncert Mateusza Ławniczaka – lutnisty, śpiewaka, pasjonata – nie przegapcie okazji: czeka Was zaiste niezwykła uczta duchowo- artystyczna!

Anna Rzepa Wertmann

Anna Rzepa-Wertmann