21. Festiwal Szekspirowski

#ZakochajsięwSzekspirze!

29 Lipca – 7 Sierpnia

Tydzień Litewski – relacje, zdjęcia

12 października 2017 by Anna Szynkaruk-Zgirska
BND18786.jpg

O dwóch spektaklach Tygodnia Litewskiego:  Aktorze Minettim w reżyserii Rimasa Tuminasa oraz Mewie w reżyserii Oskarasa Koršunovasa pisze recenzentka z redakcji Gazety Festiwalowej Shakespeare Daily – Balbina Hoppe.
Zdjęcia: Dawid Linkowski

BND18730
BND18733
BND18738
BND18760
BND18764
BND18775
BND18786
BND18826
BND18835
BND18837

Aktor Minetti czeka na Godota

Ciemnoczerwona kurtyna rozsuwa się na boki i oto kreuje się przed nami przestrzeń na wpół magiczna: Dwudziestowieczna Ostenda, mroźna noc sylwestrowa, niewielki hol hotelowy. Klimat miejsca oddaje osobliwa sceneria, którą tworzy recepcja, kilka stolików i krzeseł, stanowiących coś w rodzaju kawiarni hotelowej. Co parę chwil zawieja śnieżna daje o sobie znać w postaci silnego powiewu wiatru, w momencie gdy otwierają się drzwi wejściowe, przez które wpada mroźne powietrze.

Cała sytuacja na scenie jest jak z zaczarowanego obrazka. Rezydujący w recepcji portier, czuwająca nad wszystkim recepcjonistka i usłużny boy hotelowy sprawiają wrażenie nieco przerysowanych. Goście hotelowi wydają się równie ekscentryczni: podstarzała dama, która siedzi niedbale przez cały wieczór pod ścianą, dziwna para staruszków pochylonych przy stoliku, nie odzywających się do siebie ani słowem oraz inne indywidua, takie jak człowiek w turbanie z dywanem pod pachą i niemiłosiernie ciężką walizką czy karzeł w płaszczu à la hrabia Dracula, do którego recepcjonistka podchodzi kucając, by podać mu klucz do pokoju.

Efekt groteski zostaje dodatkowo wzmocniony przez melodie przygrywane na akordeonie. Ten sam motyw muzyczny powtarza się jak refren przez całe przedstawienie. Inne elementy muzyczne także odgrywają tutaj niemałą rolę: wesoły śpiew rozszalałego towarzystwa, które dopiero co wróciło z balu sylwestrowego czy przejmujący duet damsko-męski kończący cały spektakl. Muzyka (autorstwa Faustasa Latėnasa) i scenografia (według projektu Adomasa Jacovskisa) niewątpliwie stanowią istotne aspekty wizji Rimasa Tuminasa, a ich wykorzystanie jest dużym atutem. Podkreślają charakter przedstawienia, które przypomina melodyjną nostalgiczną opowieść.

Opowieść ta jest spójna i płynna, przerywana jedynie dźwiękami muzyki. Snuta właściwie przez jednego tylko aktora wzbudza nieodpartą chęć, by nazwać ją monodramem. Ale spektakl Tuminasa monodramem jednak nie jest. Główny, tytułowy bohater odgrywa rolę nadrzędną, jest postacią trzymającą całość na własnych barkach, ale nie jest na scenie całkiem sam. Towarzyszą mu pozostali bohaterowie, którzy są właściwie tłem. Przez większość czasu tkwią w marazmie, wybudzają się tylko, by wykonać określone czynności. Nie są jednak nieobecni. Po prostu nie interesuje ich to, o czym mówi główny bohater: aktor Minetti (w tej roli charyzmatyczny Vladas Bagdonas)

Wchodzi on do hotelu jako postawny mężczyzna, starszy pan w pelerynie podróżnej i kapeluszu. Ma ze sobą duży bagaż, który stawia na środku holu i zabrania go ruszać. Wraz z rozwojem swej opowieści coraz bardziej odsłania to, co skrywa na dnie własnej duszy: stajemy się świadkami zwierzeń człowieka skrajnie nieszczęśliwego, człowieka starego, który stracił wszelkie marzenia i aspiracje. Po co więc przyjechał do Ostendy i zanudza nas swymi starczymi bredniami?

Twierdzi, że dyrektor teatru poprosił go o spotkanie w sprawie głównej roli: ma zagrać Leara. Minetti przyznaje, że co prawda nie grał już od trzydziestu lat, ale, że zgodził się przyjechać i raz jeszcze wejść na scenę w masce słynnego króla. Przez cały spektakl opowiada o tym, jak wyglądało jego życie, wylewa swe smutki wraz z potokiem słów, którym zasypuje swoich odbiorców. Pozostali bohaterowie w zasadzie nawet nie słuchają tego, co Minetti mówi. Nie odpowiadają na jego zaczepki, nie ciągną tematu, nie dopytują się. Stary aktor nieproszony ciągnie swoją opowieść, która staje się w pewnym momencie tak nużąca, że nie tylko odbiorcy na scenie nie mogą jej już dalej znieść, ale i odbiorcy kolejnego poziomu, a więc widzowie teatralni, również zaczynają mieć problem z koncentracją i zrozumieniem zaplątanej historii.

Mimo to jest coś przejmującego i intrygującego w postaci starego aktora. Nie wygląda na szaleńca, a jednak jego zachowanie nie jest codzienne. W swojej opowieści powtarza się, zaprzecza sam sobie, wspomina, bluźni i rozmarza się jednocześnie. Jego monolog stanowi swoistą spowiedź zmęczonego życiem wędrowca, który w holu hotelowym postanawia rozprawić się ze swoją przeszłością. Jego słowa są gorzkie, pełne żalu i niezgody na rzeczywistość, w której przyszło mu żyć. Momentami zachowuje się jak rozchwytywany aktor słynnych scen, ale po chwili okazuje się, że nikt go nie podziwia, nie wielbi, nikt go nawet nie zna. Wtedy jego poprzednie zwierzenia stają się nagle wątpliwe w swej prawdziwości.

Przez cały spektakl Aktor Minetti czeka. Czeka na dyrektora, który uparcie nie przychodzi i nie przychodzi. Ale Minetti nie przestaje czekać. Wie, że dyrektor w ogóle nie nadejdzie, ale sam siebie przekonuje, że może jednak… Stara się przekonać siebie i innych, że nie zmyślił całej tej historii z umówionym spotkaniem. Twierdzi, że zgubił gdzieś telegram. Wątpliwe wydaje się to, czy w ogóle był jakiś telegram. Aktor Minetti wzbudza więc mieszane uczucia – z jednej strony można mieć dość irytującego starca, który zamęcza obcych ludzi swoimi problemami, ale z drugiej strony nie sposób nie westchnąć nad losem opuszczonego człowieka w podeszłym wieku, którego samotność jest tak dogłębna, że nie potrzebuje on nawet atencji słuchacza, by znaleźć w nim odbiorcę swoich najskrytszych zwierzeń.

Balbina Hoppe

BND18909
BND18933
BND18955
BND18964
BND18971
BND18990
BND19005
BND19029

„Słowa, słowa, słowa”…

Oskaras Koršunovas w Mewie kładzie silny nacisk na dialog. Istotą spektaklu jest wszystko to, co związane z mową. Już na początku, zanim jeszcze zacznie się właściwa część sztuki, aktorzy siedzą na krzesłach i rozmawiają ze sobą. Ten iście metateatralny wstęp, w którym aktorzy mówią o tym, co zaraz będzie można zobaczyć na scenie, zapowiada autotematyzm całego spektaklu. Zostaje on później rozwinięty w treści przedstawienia, które traktuje, między innymi, o teatrze właśnie.

Wydawać by się mogło, że to swoiste preludium jest zapowiedzią zagłębienia się w świecie Czechowa. Ale Koršunovas zaskakuje nas i jakby na przekór oczekiwaniom widzów, tworzy świat fikcji, który jednocześnie jest światem prawdziwym, realnym. Po zgaśnięciu świateł na widowni nie następuje żadna wielka przemiana: aktorzy pozostają w tych samych – raczej niewyszukanych, codziennych – strojach, mówią w podobny sposób jak przed „wejściem w rolę” właściwą. W takiej tonacji zrównania świata fikcji ze światem realnym zachowany jest cały spektakl. Koršunovas nie odtwarza na scenie świata papierowego, lecz pokazuje istotę relacji międzyludzkich, esencję marzeń i klęsk, jakie niejednokrotnie przydarzają się jednostkom w rzeczywistości.

Jego Mewa jest niemal ascetyczna. Poza rzędem krzeseł, jakimś stołem i paroma drobiazgami, nie ma żadnej scenografii. Kostiumy aktorów, choć nieprzypadkowo dobrane: do każdej postaci został dopasowany odpowiedni strój, są zwyczajne, współczesne. W ciekawy sposób została zaakcentowana postać Niny (Agnieska Ravdo), która wraz ze zmianą swego nastroju zmienia kostium: na początku widzimy ją w spodniach i bluzie, następnie pojawia się w obcisłych białych szortach i obcasach, które zmienia na przylegającą czarną sukienkę mini, by ostatecznie w jednej z finalnych scen wystąpić w długich spodniach i czarnym płaszczu.

Gra aktorska Agnieski Ravdo zasługuje na oklaski: nie tylko stroje są dobrze dobrane, pod względem aktorskim niemałym wyzwaniem jest  z chwili na chwilę przeistaczać się z radosnej, szczerej i łagodnej dziewczyny we flirtującą piękność, a później w  zmęczoną kobietę, która straciła i dziecko, i miłość. Jako Nina, Ravdo jest żywa, dynamiczna, ciągle czegoś poszukująca, niespokojna, łaknąca spełnienia marzeń. Równie silną osobowość wykreował Martynas Nedzinskas. Konstanty w jego roli jest wybuchowy, podejrzliwy wobec świata i ludzi, pesymistycznie nastawiony do życia. Grająca jego matkę, Arkadinę, Nelė Savičenko w nie mniejszym stopniu zachwyca. Idealnie odtwarza postać kobiety dojrzałej, ale niepozbawionej wdzięku, pięknej i despotycznej, gwałtownej, wiecznie lękającej się o nieuchronne przemijanie. Pozostali aktorzy także grają na wysokim poziomie: każdy z nich skupia się na cechach charakteru specyficznych dla danego bohatera i odzwierciedla je w swojej grze. Wizja Koršunovasa zasadza się na aktorstwie właśnie, na rozmowach, na kłótniach, dyskusjach. Reżyser wziął z tekstu Czechowa to, co najsilniej w nim tkwi: słowo. I na tym zbudował swoje przedstawienie.

Monotonne momentami długie rozmowy nie pozwalają jednak ani na chwilę uśpienia. Każda wymiana zdań podszyta jest jakimś nieokreślonym niepokojem, który wychodzi na pierwszy plan w nagłych nieoczekiwanych momentach (scena zabicia mewy, scena próby do spektaklu). Mewa Koršunovasa może wydać się nieco męcząca (przez długie ciągnące się chwile nie dzieje się praktycznie nic oprócz dialogów między bohaterami), ale nie sposób oderwać wzroku od tego, co dzieje się na scenie. Trzeba być czujnym, bo, kto wie, w której chwili rozlegnie się strzał, kiedy Arkadina dostanie ataku zazdrości, a kiedy Konstaty wbiegnie na scenę, pełen nienawiści i niezgody na zastaną rzeczywistość.

Wizja Koršunovasa, w której słowo zdaje się pełnić nadrzędną rolę, w jakiś sposób zbiega się z pomysłem reżyserskim Tuminasa, zastosowanym w jego Aktorze Minettim. Tam również mowa odgrywa niemałą rolę, ale w formie monologu, zaś u Koršunovasa – jak się rzekło – dialogu. Aktor Minetti też miewa sceny ciągnące się, niekiedy nużące swoją statycznością. Tylko że tam zabieg ten służy innym celom: ma stworzyć nastrój oczekiwania na coś, co nigdy nie nastąpi, upartego znudzenia czekaniem. A w Mewie jest zgoła inaczej: akcja przesuwa się powoli, niemal niezauważalnie, ale linia opowieści naznaczona jest paroma wybuchowymi punktami, które dają o sobie znać nagle i z całą mocą. Tak, jak jest w życiu codziennym: czas mija powoli, nic szczególnego się nie dzieje, gdy nagle spotyka nas coś nieprzewidzianego, niezaplanowanego, często niechcianego, jak choroba czy śmierć. Cały spektakl Koršunovasa ma pokazywać rzeczywistość na scenie. Reżyser odchodzi od teatralnych gier, od sztuczności. Inaczej Tuminas, który, by zwrócić uwagę na to, co dzieje się w rzeczywistości, kreuje świat przerysowany, groteskowy, mocno steatralizowany. Pokazuje, podobnie jak Koršunovas, dramat artysty, niepowodzenie jednostki, ale robi to za pomocą innych technik i konwencji. Litewscy reżyserowie swoimi koncepcjami sztuki teatralnej pokazują, jak bliskie sobie i jednocześnie odległe są światy Czechowa i Bernhadta.

Balbina Hoppe